Dałam się nabrać! Kosmetyki, które NIE działają i których nie polecam

Witajcie piękne istoty!

Dziś moja prywatna vendetta. Wpis pełen buntu, oczywiście stricte subiektywny. Pewnie każda z Was ma w łazience kosmetyki, które kupiłyście napędzone przekonaniem, że są świetne i że zdziałają cuda a tymczasem okazało się, że są totalną pomyłką i nie robią NIC. Zebrałam kilka, które w moim przypadku okazały się największym rozczarowaniem kosmetycznym. Ku przestrodze, zamieszczam tu moją anty-listę pielęgnacji.

Kosmetyki, które NIE działają i których nie kupię nigdy więcej

1. Orphica Pure – serum pod oczy

To pomyłka roku. Byłam pewna tego serum, tak samo, jak podatków czy też…no nie wiem…upływu czasu? Długo się zastanawiałam, czy wydać taką kwotę na kosmetyk pod oczy. No ale, przecież na stronie Pure napisano wyraźnie, że spłyca zmarszczki i wygładza, nie tylko odświeża i redukuje cienie. Kupiłam. Zużyłam. Zdenerwowałam się: żadnego efektu!

Serum stosuje się na noc i rzeczywiście wieczorem po nałożeniu skóra pod oczami wyglądała pięknie, była nawilżona, zadbana i elastyczna, ale tylko po to, żeby rano znów wyglądać tragicznie. Z serum Pure czy też bez niego – co to za różnica? No, jest różnica, sorry: wydałam na nie trochę 🙁

Nie podoba mi się to, że Pure daje tak nikły efekt za taką cenę. Nieładnie. Nie kupię więcej i nie polecam nikomu po 30 roku życia. To chyba jakiś produkt dla niewyspanych nastolatek, z wiecznymi cieniami i sińcami na dolnej powiece. Bo na cienie działa super.

2. Aura Mugler – woda perfumowana

Byłam zafascynowana opisem i butelką, która sugerowała świeży, roślinny zapach. „Tajemnicza energia życia” – pisano. „Usłysz swój instynkt” – czytałam. Zapach miał być świeży i czysto botaniczny, spodziewałam się zatem nietuzinkowego, lekkiego zapachu: świeżego, ale z pazurem. Dobrze, że kupiłam miniaturkę, bo Aura… zdecydowanie zakłóciła moją własną aurę. Po godzinie zaczęła boleć mnie głowa, po dwóch czułam się, jakbym miała atak choroby lokomocyjnej. Dziko było, że jej! Pewnie zastanawiacie się, jak w takim razie pachnie Aura. Postaram się Wam to wyjaśnić. Wiecie, jak pachnie w kościele? Lekko dusząca woń kwiatów połączona z kadzidłem. Oczywiście nie staram się obrażać sacrum, próbuję się odnieść jakoś do Waszej wyobraźni. Teraz pomyślcie o tym, jak pachnie mokra ziemia (błoto…???) i połączcie to z przykrą wonią pocieranej mocno ludzkiej skóry – wychodzi iście trupi, pogrzebowy i niepokojąco słodki zapach, który nijak się ma do „serca świata”.

W nutach zapachowych Aury odnajduję dziką lianę, rabarbar i wanilię. Stwierdzam, że to bardzo złe połączenie, a liana pachnie jak mokry sznurek. Nigdy więcej.

3. L`Oreal Elseve, Magiczna Moc Glinki, Szampon do włosów normalnych z tendencją do przetłuszczania

Podobno nie kładzie się dwóch grzybków w barszcz, a co dopiero trzech. Tak jak nie daje się chyba 3-ch różnych glinek do jednego szamponu. Zawartość glinki w glince 😉 okazała się dla moich włosów aż nadto „gliniasta”. Matowe, szorstkie, napuszone, trudne do ułożenia i sztywne włosy – jak w jakiejś nieudanej wersji sztucznej lalki. Tak wyglądały moje włosy po „magicznej mocy” glinki od Loreal. Niezłe czary mary – z żaby w wiedźmę.

Szampon przyjemnie pachnie, ma nietypowy kolor, konsystencję, i doskonale się pieni, a przy tym jest wydajny… co z tego, skoro daje opłakany efekt? Moje włosy się przetłuszczają i fakt jest taki, że potrzebuję produktów, które pozwolą im dłużej zachować świeżość, ale to już przesada. Miałam wrażenie, że skóra głowy również zbyt mocno się wysuszyła. Dłuższe stosowanie mogłoby jej bardzo zaszkodzić. Nie wiem dla kogo byłby odpowiedni ten szampon… dla Severusa Snape’a? Takie tłuste włosy plus „magiczna moc” Loreal – to może być sukces. Każdym innym włosom zdecydowanie odradzam.

4. Moroccanoil – olejek do wszystkich rodzajów włosów

Moroccanoil to olejek, który był tak nachalnie lansowany jako „produkt celebrytek i gwiazd”, że się na niego skusiłam – kupiłam bez namysłu i bez żadnych podejrzeń. Chyba straciłam rozum. Przecież od zawsze wiadomo, że „jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego” – tak jak wersja Moroccanoil, która opisana jest jako produkt do wszystkich rodzajów włosów. Okazuje się, że nie do wszystkich. Do moich zdecydowanie nie.

To taki drogi „olejek-miziak” – do kuracji się nie nadaje, do regeneracji włosów tez nie. Ot, po prostu odżywka bez spłukiwania, w której jest naturalny olejek oraz (kolejna przykra niespodzianka) silikony! Z pewnością znalazłabym inny olejek do dyscyplinowania i nabłyszczania włosów, który kosztuje 10 razy mniej, np. Aussie, 3 Miracle Oil Reconstructor – genialny, lekki olejek, o subtelnym zapachu i wspaniałym działaniu na włosy.

No ale cóż się spodziewać po marce, która twierdzi, że inny ich produkt „scala rozdwojone końcówki” (mowa o nowej esencji regenerującej Mending Infusion Moroccanoil). W to na szczęście już żadna świadoma konsumentka nie uwierzy. A końcówki polecam podciąć. Moroccanoil już chyba długo nie zaufam i nie kupię.

To chyba wszystko… Lista krótka, ale dosyć szokująca. Oczywiście wiele znalazłoby się kosmetyków, o których pomyślałam po zakupie „hmmm, to nie to”, ale żaden nie rozczarował mnie w takim stopniu, jak ta czwórka. Czy Wy także macie podobną listę pt. nigdy więcej? Jeśli tak, koniecznie dajcie znać w komentarzu – ku przestrodze dla innych 🙂 Pozdrawiam Was ciepło!

Tagi: , , , ,
Poprzedni Wpis Następny Wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 udostępnień